Zderzenie bryz

19.07.2008 - 11 (ostatnia) konkurencja Mistrzostw

Mgła na północy włoskiego buta to rzecz powszechna, ale na południu w gorącej porze roku jest ewenementem. Nawet taką niespodziankę sprawiła uczestnikom tegoroczna aura. Podniosła się jednak dość szybko, niczym w Teksasie, przekształcając się w coraz piękniejsze chmury ładnej pogody.

Meteorolog zapewniał o rozwoju wyżu i spokojnym napływie jednorodnych mas powietrza nad całym półwyspem. Jednym słowem - Eldorado z poprawiającymi się systematycznie warunkami - bez żadnych pułapek i niespodzianek.

Ale to jest Rieti ze swoim bardzo dużym i barwnym wachlarzem niespodzianek. Nabrali się nawet ci co wychowali się tutaj: Galetto i Costa.

W tym dniu jako pierwsza startowała klasa standard, za nią Smyki i jako ostatni klubowcy. 400 - kilometrowa trasa dla szybkich standardów, zwróćcie uwagę, że średnia prędkość zwycięzców oscyluje obok 130 km/godz. miała być spacerkiem, więc niewielu śpieszyło się i niemal wszystkie klasy odchodziły około 14.30, w szczytowym rozwoju warunków;światowcy i klubowicze na południe a standardowi na północ.

Warunki były dobre, więc rozmowy pilotów szybko zanikły, zwłaszcza, że główna stacja znów zrobiła sobie przerwę i zamilkła na długo, nim kolejne wstrząśnięcie je obudziło jej.

Lecący na południe a później wzdłuż położonych na wschód od lotniska gór piloci klasy club oraz światowej nie mieli większych problemów bo cała ich trasa przebiegała w obszarze gdzie zderzały się bryzy znad Morza Tyrreńskiego i Adriatyku tworząc rozległy pas konwergencji a tylko okresowy nadmiar zachmurzenia utrudniał im lot.

Piloci„Smyków” mając mniejszy zasięg, z natury lecą ostrożnie i starają trzymać pod pułapem chmur. Natomiast obaj Tomki, uprawiający zwykle rozważny styl latania, wzięli chyba dodatkowo pod rozwagę kłopoty Sebastiana oraz jego uwagę o konieczności wysokiego lotu i bardzo mądrze rozgrywali swój wyścig z konkurentami. Taktyka ostrożnego, wysokiego, lotu w zmiennych warunkach przyniosła kapitalne efekty. Jędrzej znów miał dobry wynik a Tomek Krok wyprzedziwszy nieznacznie swego partnera,sięgnął po butelkę wina przeznaczoną dla zwycięzcy konkurencji.

Jednak sam Lucyfer podszepnął chyba kierownikowi sportowemu to,aby wyznaczył on punkt zwrotny nad pustelnią świętego Franciszka w Greccio. To nieznaczne przesunięcie trasy na zachód okazało się fatalne w skutkach. Chmury od tej strony rzedły, co nie dziwiło, bo zaczynają się tam równiny i w takim obszarze przejściowym na ogół jest mniejsze zachmurzenie, ale nikt nie przypuszczał, że czają się pod nimi pułapki.

Nasza międzynarodowa polsko - słowacka czwórka z klasy standard zrobiła długi rekonesans przed odlotem na trasę i radziła sobie bardzo dobrze w początkowym etapie wyścigu, lecz w pewnym momencie przeważyły głosy, że należy odejść od koncepcji Sebastiana sugerującego lot pod szlakiem chmur wiodącym lekko w bok od linii wyznaczającej zadanie a należy zbliżyć się do dobrze nasłonecznionej w tym momencie trasy.

To był błąd, bo jednorodna, dobra termika po frontowa zmieniła niespodzianie swój charakter i z obrzeży w niezauważalny sposób była nadgryzana przez bryzę wpełzającą przy ziemi z obu mórz.. Na obszarze pławiącym się w słońcu nie spotkano spodziewanych, świeżych wznoszeń. Krzysztof zdołał nabrać wysokości jeszcze na wschodnim paśmie gór i wraz z grupką innych szybowców przeskoczył ponad punktem zwrotnym na przyzwoitej wysokości. Aktywnie latający Sebastian w długim przeskoku oddalił się od towarzyszącej mu grupki w poszukiwaniu silnego wznoszenia i straciwszy dużo wysokości dostał się w niefortunny obszar. Musiał wiec ratować się w nie najlepszym wznoszeniu.

Nic nie wskazywało na to, że zmieniły się warunki w pobliżu lotniska, toteż po odzyskaniu wysokości manewrowej przeskoczył do skupiska ładnie wyglądających chmur w pobliżu punktu zwrotnego.,Jednak te pięknie wyglądające obłoki ani myślały podeprzeć go przyzwoitym wznoszeniem a kolejne, śliczne, szybko piętrzące się w górę chmury położone po zachodniej stronie doliny Rieti,także nie dały spodziewanych wznoszeń.

Działo się tak dlatego, że zachodnia bryza sięgnęła, aż tu - na sam środek półwyspu. Z pozoru wszystko wyglądało normalnie, bo chmury na granicy gór i równin chmury są zwykle mniejsze i rzadziej rozstawione, ale rozwijają się i funkcjonują one normalnie. Zasilane ciepłem odprowadzanym z nagrzanej ziemi dają regularne wznoszenia - a te na które nacięło się w ostatniej konkurencji sporo pilotów akurat nie chciały ciągnąć kominów od ziemi, bo inny był mechanizm ich powstawania. Ten niefortunny fenomen polegał na tym,że akuratnie gdy doleciała tam nasza grupka bryza zaczęła się wlewać w dolinę Rieti.

Ci co lecieli wcześniej, albo mieli większą wysokość, byli jeszcze podtrzymywani przez normalne chmury w spokoju kontynuując lot a lecących później, lub niżej niżej, ogarnął już zimny przyziemny strumień tłumiący wznoszenia przy ziemi..

Mocno zdziwił się współpracujący z Sebastianem Vlado Foltin, gdy przed punktem zwrotnym - zlokalizowanym na szczycie góry, u stóp której, bosonogi, święty orędownik żywych stworzeń, urządził pierwszą w świecie kopię szopki betlejemskiej - dostał się w obszar przypominający niewidzialny wodospad. Niczym w jakieś rozległej kaskadzie, spłynął on w opadającym prądzie kilkaset metrów poniżej szczytów grzbietu nad Greccio, a gdy penetracja okolicznych wzniesień nie dała żadnego efektu, musiał ratować się lądowaniem obok hangarów nieodległego na szczęście lotniska w Rieti. Podobnie los zadrwił z księcia Alvaro wywodzącego się z linii Burbonów orleańskich a reprezentującego w tych zawodach Hiszpanię.

Nabrał się na tę pułapkę nawet obznajomiony i świetnie informowany Galetto, który nie mogąc pogodzić się z utratą pozycji lidera podobnie jak Sebastian stawiał w tym locie wszystko na jedną kartę. Mimo niesamowitego doświadczenia i dobrego wspomagania przez miejscowych fanów, nie przewidział tak raptownej zmiany warunków lotu. Niewiele brakło a dołączył by i on do zacnego towarzystwa na lotnisku.

Sebastian wybronił się i z zapamiętaniem gonił czołówkę. Szło mu dobrze póki był nad górami,ale aktywny lot wymaga długich ryzykownych przeskoków w których bagatelizuje się przeciętne wznoszenia a szuka silnych - przez co schodzi się do małych wysokości. Tymczasem na południu jęzor bryzowy wlazł cichaczem przez obniżenie terenu akurat w momencie, gdy Sebastian znalazł się w tym miejscu i rozpoczęła się na minimalnej wysokości dramatyczna walka o życie nad tuż nad kamiennym rozpadliskiem. Gdy odlatywał na trasę nie było wiatru wznoszeń zboczowych, męczył się więc i tracił czas w anemicznym, kapryśnym kominie, nie wiedząc, że dosłownie pół kilometra obok włączyli już żagiel, gdyż wiatr bryzowy dotarł właśnie do pasma gór dając piękne wznoszenia zboczowe. Szkoda, że lecący wyżej kolega, nie domyślił się, że taka informacja wybawiłaby towarzysza z opałów i zwiększyła szanse w walce o będące jeszcze w jego zasięgu medalowe miejsce. Trudno mieć jednak do niego o to pretensje, gdyż przed niezbyt odległą chwilą on także był pełen rozterek i obaw w obliczy groźby przymusowego lądowania, na niegościnnej ziemi wśród gór i z pewnością dławiły go emocje.

Sebastian uratował skórę,lecz stracił dużo czasu. Gdy po mozolnym krążeniu w bąblach ciepłego powietrza, jakie sączyły się ze skalnego rumowiska, zbliżył się nieśmiało do zbocza ze zdumieniem stwierdził, że pilotowany przez niego szybowiec zamienił się w Orient Ekspress mknący raźnie w wąskim strumieniu prądu zboczowego.

Zwycięski lot pary Tomków jest miłym akcentem na zakończenie zawodów,ale nawet to nie daje im z pewnością pełnej satysfakcji, bo solidnie przygotowywali się do zawodów,wzorowo współpracowali a przy odrobinie szczęści mogli osiągnąć znacznie więcej.

Cieszy dobry rozwój i miejsce młodego,zdolnego,Jędrzeja Skłodowskiego, który dorzucił kolejną porcję doświadczeń, do lekcji latania pobranych tu w poprzednich zawodach. Z pewnością zaprocentuje to w przyszłości.

Dla Sebastiana pozycja osiągnięta w zawodach jest gorzką pigułką. Choć, ujmując rzecz w odniesieniu do ilości zawodników w poszczególnych klasach, uzyskał on najlepszy wynik spośród naszych reprezentantów a zajęte przez niego miejsce w światowej elicie zawodników /miejsce za które Kubica jest wynoszony pod niebiosa/ ucieszyło by bardzo wielu uczestników mistrzostw, nie emanuje on radością i satysfakcją.

Z pewnością trudno mu się pogodzić z faktem, że po niespotykanym w historii szybownictwa, tak długim paśmie zwycięstw , po raz pierwszy od lat nie patrzy na ceremonię zamknięcia mistrzostw z najwyższego punktu a miejsce na podium, do którego przywykł, zajmuje ktoś inny. Na pewno a jest to przykre dla kogoś kto przyzwyczaił się do lepszych wyników. Ja też nie cieszą się z faktu,że flagi i płytka CD z hymnem Polski leżą nieużytecznie w mojej sakwie podróżnej.

No cóż... Potwierdziła się opinia Janusza Centki oraz włoskiej legendy szybownictwa, Leonarda Brigladoriego, że na mistrzostwa do Rieti nie ma co przyjeżdżać bez gruntownego poznania tego pięknego, lecz jakże specyficznego zakątka świata i nie można liczyć na dobry wynik bez kilkakrotnego rekonesansu tej okolicy podczas zawodów organizowanych w latach poprzedzających.

Czuliśmy się tu niczym krety wyciągnięte na słońce, bo jedynie Jędrzej Skłodowski i Tomek Rubaj mieli wcześniejszą styczność z Rieti a liczący się konkurenci licytowali się zasobem doświadczeń i wiedzy - zdobytych podczas setek i tysięcy wylatanych tu godzin.

Los oszczędził nas jednak na tyle, iż żaden z zawodników nie dołączył do grona 10 - ciu tych pechowców, którzy z tarapatów przygodnego lądowania wynieśli uszczerbek na zdrowiu, lub sprzęcie.

Tomasz Kawa