12.07.2008 - 6 konkurencja Mistrzostw
Wydawało się i tak przewidywały prognozy, że po wczorajszych cumulusach zostanie tylko wspomnienie. Tymczasem układ obniżonego ciśnienia dorzucił górą nieco chłodniejszego, wilgotnego, powietrza znad Atlantyku, więc pierwsze fractocumulusy pojawiły się nim w pobliskich świątyniach oraz licznych miejscach upamiętniających obecność świętego Franciszka, zabrzmiały dzwony na Anioł Pański.
W tej sytuacji wyjątkowo wcześnie jak na tutejsze obyczaje, bo już o 12.30 rozpoczęto holowanie a w chwilę później nasi światowcy zgłaszali z zadowoleniem 3,6 m/sek. średniego wznoszenia, które wyniosło ich do pułapu dozwolonej wysokości lotów ograniczonej 115 poziomem lotów, czyli około 3500 m. Drogę na południe do pierwszego punktu zwrotnego znaczyły im piękne chmurki układające się wzdłuż ciągu najwyższych gór, toteż nie oglądając się na konkurentów ostro ruszyli na dość długą jak na Smyki trasę 305 km.
Sprawnie też nabrali podobnej wysokości Sebastian z Krzyśkiem oraz współdziałający z nimi Słowacy. Mając świadomość, że każdy ruch Sebastiana jest obserwowany przez rywali, a kosteczka przekazująca sygnały pozycyjne do systemu wizualizacji lotów daje gospodarzom na bieżąco wszystkie informacje o parametrach lotu, zdecydowali się pierwsi odejść na trasę.
Chory i zakatarzony Sebastian oszczędzał struny głosowe,ale za to Vlado Foltin dbał o to, aby jego język, kontrolera i koordynatora lotów, nie stracił elastyczności. Cała trójka z nieuchronnymi wagonikami za ogonem szybko pokonała trasę do punktu zwrotnego szorując skrzydłami po skalnych zboczach. Po nawrocie dość sprawnie pokonywali kolejne, biegnące skośnie łańcuchy górskie i wyraźnie uciekli grupie pościgowej dowodzonej przez dotychczasowego lidera - Galetto.
Na krańcu pasma wyszukali dobre wznoszenie gwarantujące bez problemowy przelot nad niezbyt gościnną dla szybowników doliną Avezzano i skierowali się nad Sirente licząc na to, że ten gigant odda trochę energii nagromadzonej w skalnych połaciach, ale ten najwyraźniej urządził sobie sjestę i ani myślał dzielić się z kimkolwiek błogim ciepełkiem. Tak niegościnne przyjęcie zdeprymowało nieco naszą trójkę, więc zaczęli samodzielnie szukać optymalnej ścieżki w kierunku potężnego Gransasso. Sebastian zdecydował się na atak frontalny, Vlado znalazł przyzwoite wznoszenie, które wyniosło go do wysokości gwarantującej spokojną przesiadkę na grzbiet kolejnego olbrzyma i tu spotkał się znów z Sebastianem a Krzysiu postawił na Amerykę i wraz z Keene starał się wejść na szklaną górę w pobliżu miejsca znanego mu już z racji lądowania podczas pierwszej konkurencji. Przegapił jednak moment w którym Yankes odskoczył w tył do Niemców, bo wypatrzył, że trafili oni w świetny komin. Krzyś musiał więc już sam szukać dalszych ścieżek wśród perci. Na dodatek w pogoni za chmurami zapędził się w obszar TMA - a to jak zderzenie z koniem - przerwało (na szczęście wirtualnie) jego lot.
Tymczasem polsko-słowacka para, w otoczeniu dworzan, pomyślnie pomykała wzdłuż grani Granssaso, Gorzanoi Vettore, grodzącym drogę morskiej bryzie i jakby na ich życzenie w przedłużeniu tego pasma gór pojawiły się niepozorne pazurki chmur tworzących się nad linią konwergencji. Dało im to komfortową jazdę bez straty wysokości na odcinku około 40 km, ale odwiodło dość daleko w bok od trasy, niemniej mimo znacznego nadłożenia drogi dało im to zysk w stosunku do pilotów lecących wprost na punkt około 300m wysokości.
Galetto po raz kolejny wykorzystał lepszą znajomość specyfiki własnego regionu. Trafnie oceniając sygnały, które dawała mu atmosfera, bardzo wcześnie odchylił się od trasy i nad przymorskim górami, korzystając z miejscowych fenomenów pogodowych, zdołał odrobić straty do naszej grupy, a dysponując szybszą maszyną znów skubnął na dolocie parę punktów w stosunku do Sebastiana.
Kapryśna Fortuna kokietowała w tym dniu Francuza Lejeune. Uraczyła go w najbardziej dogodnym momencie świetnym wznoszeniem, dzięki któremu mógł zmierzać bez zbędnych kombinacji wprost do ostatniego punktu zwrotnego, a dysponując świetnym szybowcem zdołał osiągnąć metę przed naszymi myśliwcami, choć mieli oni przewagę wysokości.
Świetnie radzili sobie nasi światowcy, którzy mieli w tym dniu, rzadką dla nich okazję, lotu w obszarze przymorskim. Zanosiło się na piękne zwycięstwo Jędrzeja, ale niepotrzebnie poniosły go w końcowej fazie lotu emocje i wdał się w gonitwę z kończącymi lot standardami i w konsekwencji musiał w mizernym noszeniu odzyskiwać wysokość niezbędną dla ukończenia lotu, tracąc przez to tak cenne minuty.
Para Tomków przeżywała spory stress przed odlotem. Mieli wyznaczoną trasę z dwoma rozległymi obszarami nawrotów, przy limicie minimum 3-ch godzin lotu a w czasie, gdy oni dostali się w powietrze, chwilowo zesłabły warunki w rejonie lotniska i Terminillo, które tak łaskawie traktowało poprzedników, a ich długo zmuszało do defiladowania przed oczami zmotoryzowanych turystów zgromadzonych wokół kościółka w pobliżu szczytu. Dalej jednak ich lot przebiegał bezproblemowo i obaj uzyskali dobre wyniki.
Nie był to szczęśliwy dzień, dla świetnego pilota z krainy kangurów - Taylora, który dość długo szamotał się przy zboczach nim wydostał się ze skalnej matni.
Tomasz Kawa