Ostre hamowanie

Finn Tuviala trafił do szpitala. Oprócz niego w pierwszej konkurencji straciła ASW28 Brytyjka Sarah Kelman a Norweg Anders Kulbik Discusa. Biorąc pod uwagę trzy rozbite już podczas treningu szybowce oraz samolot trudno się dziwić, że obserwatorów i gospodarzy mistrzostw sparaliżował strach. Reakcją były zwyczajowe w takiej sytuacji narady dotyczące bezpieczeństwa lotów oraz asekuracyjne decyzje dotyczące następnych konkurencji.

W drugim dniu zawodów nad Italię napłynęły chłodniejsze i wilgotne masy powietrza co sprawiło, że wyjątkowo wcześnie nad szczytami pojawiły się cumulusy wróżące świetne warunki do lotów. Organizatorzy zdawali się nie widzieć tej sytuacji, najchętniej zarządziliby dzień wolny od latania, ale w końcu zdecydowali się na wyznaczenie sprinterskich tras w kierunku równin oraz niższych gór na północny-zachód od Rieti. Miało to poprawić bezpieczeństwo, ale efekt  był odwrotny, gdyż nad obszar ten wpłynęła masa ciepłego suchego powietrza i w mgnieniu oka zaniknęły chmury oraz osłabły wznoszenia, zwiększając ryzyko lądowania w terenie, a odwlekanie startów spowodowało wyścig z nocą i gromadne odloty godne ptasich wędrówek do Afryki, co potęgowało możliwość kolizji.

Szczęśliwie udało się uniknąć nieszczęścia i tylko dwa zespoły pomocnicze urządziły sobie wycieczkę krajoznawczą z wózkiem do transportu szybowca na ogonie. Deficyt czasu przekreślał jednak możliwość stosowania jakichkolwiek manewrów taktycznych, więc wynik osiągnięty przy takim pospolitym ruszeniu był losem na loterii.

NOCNE LOTY
Nie wiedzieć dlaczego w następnym dniu również bardzo długo zwlekano z rozpoczęciem holowania, choć mimo bezchmurnego nieba rwały się ku błękitowi silne prądy termiczne. Późna pora odlotu na stosunkowo długie trasy: 404 km dla standartów, 342 km dla szybowców klubowych i około 250 km dla powolnych Smyków, znów nie pozwalały na jakiekolwiek manewry taktyczne, lub powtórkę nieudanego odlotu. Dotknęło to szczególnie naszą parę z klasy standard. Krzysiek i Sebastian po przemieszczeniu się przez Teriminillo nad następną wysoką górę, Nurię, trafili w fazę gdy nagrzane masy powietrza uciekły przed nimi do góry. Mimo, że chwilę wcześniej Przemek i Jędrzej cieszyli się tu z pięknego wznoszenia, smukłych skrzydeł  LS-ów naszej drugiej pary nie zechciało podeprzeć nawet mizerne tchnienie ciepłego powiewu, choć spenetrowali całe rozległe, skalne zbocze.

W normalnej sytuacji piloci zawróciliby dla powtórzenia startu, ale nie pozwalała na to późna pora. Zaczęła się więc męka niskiego lotu przy skałach w mizernych prądach zboczowych nad terenem, który nie dawał cienia szans choćby na w miarę bezpieczne rozbicie szybowca. W krytycznym momencie Sebastian zdołał prześlizgnąć się przez przełęcz grodzącą drogę do kolejnej skalnej doliny, lecz będący nieco niżej Krzysiu nie zdecydował się na ten ryzykowny manewr, co przekreśliło jego szanse na dalszy wspólny lot oraz ukończenie trasy.

Sebastian tymczasem mozolnie odrabiał stracony dystans i w samotnym locie przedzierał się wzdłuż skalnych grzebieni ku majestatycznym nadmorskim kolosom które fundowały rozkosz szybkiego wysokiego lotu i systematycznie odrabiał straty do czołówki jakie wynikły przy niefortunnym starcie.

W locie tym błysnął klasą czeski Gripeniak Jarosław Tomana, który parł ostro, odważnie, przy skałach, wiodąc czołówkę stawki  jakby  prowadził swego szybkiego myśliwca.

Późna pora odlotów sprawiła, że kilka szybowców lądowało już w zmroku wciskającym się w głęboką dolinę, gdy słońce skryje się za wzniesienia, a z lotniska znów wyruszyła długa kawalkada samochodów – wśród nich niestety także jeden nasz  ciągnący przyczepę z naklejką LOT. Krzysztof natomiast rozważnie zawrócił przed osiągnięciem ostatniego punktu zwrotnego gdy na przeciwnych kursach spotkał się ze swoim partnerem wracającym już do domu, bo zbliżający się szybko zmierzch nie dawał mu szans na na pokonanie pozostałych 130 kilometrów trasy a nocne lądowanie nie wchodzi tu w rachubę, bo nawet za dnia trudno znaleźć równe i wolne od przeszkód pólko.