16.07.2008 - 9 konkurencja Mistrzostw
Dość chłodny jak na Italię ranek - zaledwie 12 stopni, przy błękitnym niebie, obiecywał niezłe warunki do lotów. Latająca sonda nie dawała jednak długo pozytywnych informacji, toteż skrócono trasy i opóźniono holowanie. Po kolejnym odroczeniu rozpoczęto wreszcie wzloty. Wydawało się, że mimo niezbyt wczesnej pory dość skrócone loty będą w tych warunkach spacerkiem. Zaiste, niewiele po południu pojawiły się nad skałami górującymi nad polem wzlotów delikatne cumulusy a meldunki o silnych wznoszeniach podnosiły na duchu.
Na tym etapie zawodów, każdy pilot ma kogoś, kogo chciałby upolować, uszczknąć parę minut goniąc go po odlocie, bo lot z tyłu pozwala na wykorzystywanie błędów poprzednika i wlatywanie do wycentrowanego już komina. Inni zaś, którym towarzyszy niezbyt pożądaną asystę, której chcieliby się pozbyć.
Para Smyków nie miała czasu na manewry, więc odleciała niezwłocznie po osiągnięciu gotowości do startu. Jędrzej sprawnie pokonał trasę i ulokował się na drugiej pozycji.
Z powodu późnej pory nie zwlekali też wiele piloci standardów a klubowcy szachując się wzajemnie dość długo uprawiali harce przed bitwą. Tomkom udało się cierpliwie wypuścić na trasę niemal całą stawkę konkurentów, lecz trochę przechytrzyli, bo wykonali o jedno, dwa okrążenia za dużo i cała kawalkada, mimo dobrej widoczności rozpłynęła się w błękicie. Znikł więc element informacyjny. Na dodatek grupa odlatująca zdążyła wykorzystać jeszcze wznoszenia, które tworzyły niewielkie chmurki znakujące miejsca występowania najsilniejszych kominów a nim nadleciała nasza para, skalista góra Nuria wyczerpała swój potencjał energetyczny i odzyskiwała odprowadzone z prądami konwekcyjnymi ciepło.. Tymczasem peleton dość szybko osiągnął południowy kraniec gór na południu i nadal w dość dużym zespole, pomyślnie, bezproblemowo przedefilował obok lotniska na północny punkt zwrotny i wkrótce przetoczył się przez metę. Drogi Tomków rozeszły się w pewnym momencie i oddzielnie pokonywali większość trasy. Niewielkie opóźnienie odlotu i niefortunny początek lotu, sprawiły, że musieli lecieć w gasnących już warunkach a jedno okrążenie przedstartowe za dużo zmieniło lot w długą mękę oraz wyścig z zachodzącym słońcem. Podobne problemy przechodził też Przemek /Żółw /, który odstał nieco za Jędrzejem, ale wytrwale walcząc o utrzymanie się w powietrzu wygrał wyścig z nocą. Trasę dla klasy standard wyznaczono z daleko na południe i ku Adriatykowi wysuniętym punktem zwrotnym. Liczono na to, że wiatr zmieni kierunek na północno - zachodni i stworzy fantastyczne warunki do szybkiego przelotu wzdłuż zachodnich, nawietrznych zboczy wysokich gór nadmorskiego pasma.
Eol jest tu jednak wyjątkowo swawolny i hasa sobie według własnych upodobań za nic mając wyliczenia i wróżby meteorologów. Nasz międzynarodowy zespół pod batutą Sebastiana, wykorzystując wznoszenia termiczno - żaglowe, odważnie i szybko przemieścił się wzdłuż zboczy do oddalonego punktu zwrotnego i zgodnie z przebiegiem trasy zwrócił się ku Gransasso – podobnie jak Włosi i grupka dościgniętych pilotów. Jednak, gdy tylko zlecieli z wysokich gór, które opływały ciepłe podmuchy wiatru od Afryki, dając prądy wstępujące na południowo - zachodnich zboczach, spotkała ich przykra niespodzianka. Morska bryza zapanowała nad tym obszarem i aktywnie wlewała ze wschodu na ląd chłodniejsze powietrze znad Adriatyku przez bramę między górami a spiętrzona na wysokim Gransasso oraz następnych górach niczym zimny wodospad spadała na zachodnie zbocza i zamiast wznoszeń występowały na nich bardzo silne opadania. Zaskoczyło to nawet Włochów bo wpadli w tę pułapkę.
Sebastian zorientował się dość wcześnie i nawołując kompanów do odwrotu zatrzymał się w napotkanym wznoszeniu. - Krzysiek zatrzymał się na niewielkim zboczu o które opierał i wiatr dając podparcie skrzydłom szybowca, ale Vlado nie usłyszawszy wołania Sebastiana parł z innymi ku wzniesieniom z szeregiem wiatraków nad którymi występowały zwykle dobre wznoszenia. Zaczęły się jatki. Niektórzy desperaci, aby dostać się na nawietrzną stronę przelatywali nawet między skrzydłami wiatraków. Nie zdało się to na wiele, bo z tego miejsca nie było raczej odwrotu i wielu z nich musiało ty szukać spłachetka w miarę równej ziemi. Vlado znalazł coś w rodzaju krateru na wierzchołku wzniesienia i gdyby nie Miro, który w nocy zdołał znaleźć życzliwego Włocha z terenową Pandą, zdolną do wyciągnięcia szybowca z tego leja śród lasu byłby skazany na nocleg na ziemi w tym niedostępnym odludnym miejscu. Długa była kolejka wózków wyjeżdżających po szybowce a lista rozbitych na zawodach maszyn zwiększyła się do dziewięciu.
Krzysiek zdołał się wybronić i zdołał dotrzeć przed zmrokiem a Sebastian zostawszy sam miał dylemat jak rozegrać dalszą część trasy. Brak łączności z bazą i niekorzystne informacje od Tomków zniechęcały go do lotu wzdłuż pasma przy lotnisku. Trzeba było z dala omijać zimne wodospady na przymorskich górach, więc kluczył pośrodku i w sumie nie poniósł zbyt dużych strat. Gorzej poradzili sobie Włosi - Galetto zameldował się na lotnisku dopiero przed zmierzchem i powędrował dość daleko w dół z pozycji lidera. Niemcy mieli prawdopodobnie informacje od wszechobecnych kolegów z moto szybowcami, bo wszyscy , wydawałoby się wbrew logice, zaraz na punkcie zwrotnym odwrócili ku górom w głębi lądu i bez kłopotów przelecieli całą trasę.
Dało to im zwycięstwo w konkurencji awans na pierwsze miejsca w tabeli. Nam na otarcie łez musiał wystarczyć kolejny sukces Skłodowskiego, który umiejętnie wykorzystuje doświadczenia z poprzednich zawodów i wywalczył drugie miejsce wśród Smyków.
T. Kawa