Alea iacta sunt
Niewielki dziś Rubikon nadal toczy w pobliżu swe, niezbyt obecnie przejrzyste, wody i jest symbolem ważnej granicy - wejścia w aktywne działanie. Dziś przekroczyli swój Rubikon, i nad licznymi tu polami bitew, nad arenami, gdzie przez tysiące lat toczyła się walka o zarządzanie światem, o sławę, lub życie, rozpoczęli boje współcześni gladiatorzy wyposażeni w uskrzydlone, latające rydwany i przez dwa tygodnie będą toczyć heroiczne boje o wawrzyny, które ozdobią skronie najlepszych pilotów świata.
Pod mury Rzymu przybyło ponad stu wojowników. Najliczniejszy, stanowiący niemal połowę i najdzielniejszy legion utworzono w klasie standard. Pełno w nim znakomitości. Na dobrą sprawę każdy z nich jest mocnym pretendentem do laurów. Ma więc niezwykle trudną rolę nasz chorąży, Sebastian Kawa, który od 2003 wygrywał wszystkie najpoważniejsze zawody. Nie był tu dotąd, a najpoważniejsi rywale znają tutaj każdą skałę i niezwykle barwny wachlarz niespodzianek pogodowych - odmiennych dla każdej doliny i łańcucha gór.
Dni jakie mieliśmy na przygotowanie się do zawodów były burzowe i nie dały możliwości wychylenia się poza centralny pas gór otaczających Rieti, ani poznania innych typów pogody, a już pierwszy dzień zmagań wykazał ile tu jest różnorodności zjawisk stwarzających rozliczne możliwości lotu. Choć na lotnisku ledwo były odczuwalne tchnienia pobliskiej Afryki, okazało się, że na zboczach wstępowały przyzwoite wznoszenia żaglowe, rzeźba terenu w zaskakujący sposób uwalniała wznoszenia termiczne, mimo niezbyt silnego wiatru występowały wznoszenia falowe a pobliskie morza też dorzucały swoje trzy grosze.
Była to denerwująca sytuacja dla naszej pary w klasie standard, bo startowali jako ostatni i nie mieli szans na jakikolwiek rekonesans warunków ani wybór wariantu lotu. Sebastian zdołał jeszcze przedostać się na falę i wskazać ją obu Tomkom z klasy club, ale Krzysiu
nie zdążył już przenieść się na wyższe pięterko boskiej dziedziny i dołączył do grupy pilotów lecących z wykorzystaniem klasycznych wznoszeń termicznych.. W tej sytuacji Sebastian zdecydował się na samotny rajd. Wielkie było jego zdziwienie, gdy po kilkudziesięciu kilometrach, podczas nawrotu na punkcie zwrotnym odkrył, że za jego plecami uformował się spory łańcuch konkurentów, którzy gdzieś w pobliżu punktu odlotowego przyczaili się na kogoś kto będzie ciągnął towarzystwo przez to specyficzne pole minowe. Stąd już w kompanii szczęśliwie dokończył lotu uzyskując dobry wynik. Krzysztof natomiast nie zdołał się wdrapać na wysokie góry przy morzu, a złośliwy rotor zrzucił go w połowie trasy na niewielkie poletko między winnicami i sadami oliwnymi.
Piloci startujący wcześniej mieli większe pole manewru. Tomki z klasy club wyprowadzili swe rydwany na arenę z odpowiedniej zyskanej na fali wysokości i w dobrym czasie. Zgodnie współpracując sprawnie pokonywali przeszkody dopiero po ostatnim nawrocie popełnili drobny błąd, rozeszli się, a Tomek Krok musiał ratować się w słabszym wznoszeniu.
Równie pięknie galopowały „Smyki”. Mieli dobry odlot, szybko defilowali wzdłuż Terminillo i gór sąsiadujących od wschodu z lotniskiem w drodze do ostatniego punktu zwrotnego, ale już na dolocie chwilowy silny wiatr rozwiał im wznoszenia i Żółw musiał kończyć drogę do lotniska na wózku. Jędrzej wybronił się szczęśliwie i jak Sebastian oraz Tomek Rubaj wyrzucił w tym dniu trzecią szóstkę. W czasie gdy oczekiwaliśmy na przylot naszych pilotów....
DOLINĘ RIETI WYPEŁNIŁO PRZERAŹLIWE WYCIE SYRENY LOTNISKOWEJ
a w chwile wyjąc przeraźliwie pomknęły przez lotnisko wozy ratunkowe straży pożarnej, sanitarka i zespół żandarmerii. Alarm na lotnisku wojskowym zelektryzował wszystkich. Okazało się, że silny wiatr i przyziemne jego zawirowania rzuciły Fina Tuviala w drzewa i wysoki płot okalający lotnisko - życie uratowało mu skrzydło, które składając się w harmonijkę przejęło energię zderzenia.
Dodatkowych emocji dostarczył nam Sebastian, który oznajmił, że on będzie następnym, bo wiatr harcuje z nim w podobny sposób a przed lotniskiem nie ma szans na lądowanie. Na szczęście zdołał się podeprzeć w wydmuchu termicznym na niewielkim wzniesieniu i szczęśliwie doturlał się w objęcia rodziny.