Kibicom też niełatwo

15.07.2008 - 8 konkurencja Mistrzostw 

Nad Terminillo i okolicznymi górami budowały się piękne cumulsy dobrej wyżowej pogody, a tymczasem organizatorzy wyznaczyli dość długie, zbliżone do docelowo powrotnych trasy; płytko w góry na południu a potem nad równinami, aż do Sieny. Dziwiło nas to, że przy pogodzie gwarantującej piękne latanie w górach wypycha się ludzi nad płaskie pola nad którymi nie zjawiła się dotąd, żadna chmurka i piloci będą się męczyć w rojach na termice bezchmurnej. Zagadkowe było też stwierdzenie wyznaczającego trasy kierownika sportowego, że podobnie jak wczorajsza, trasa kryje w sobie pewne triki.

Rześki dzionek nastrajał bojowo a rzędy chmur nad nagrzanymi skałami wabiły do swego cienia. Nie zwlekali wiec piloci i bez zbędnych gierek ruszyli na trasę. Tomkom udało się w odkryć piękne wznoszenie w momencie gdy odlatywała na trasę duża grupa szybowców. Sprytnie zamaskowali je, lecąc na zderzenie z szykiem konkurentów, aby po chwili wrócić do komina, który uformował się akurat nad ich chałupami i już w spokoju, bez kłopotliwej asysty, wykorzystali dar niebios, który wyniósł ich na tyle wysoko, że bez problemu dopędzili poprzedników. Zgodnie współpracując, bez problemów kontynuowali lot przebijając się do czołówki, co dało im w efekcie wspólne trzecie miejsce.

Para światowców również bardzo dobrze i bez problemów wykorzystała swą szansę, a Jędrzej ustąpił pola tylko jednemu zawodnikowi. Triki o którym z uśmieszkiem napomknął Giorgio dotyczył najdłuższej trasy wyznaczonej dla klasy standard, w której lata as atutowy gospodarzy Galetto. Polegało to na tym, że daleko na południu znacznie obniżała się podstawa chmur i jeśli ktoś zachęcony dobrymi warunkami wleciałby w nieodpowiednią dolinę, zostałby u jej krańca zamknięty pułapką uniemożliwiającą dolot do punktu zwrotnego. Druga tajemnica polegała na tym, że po zejściu z gór wlatywało się w obszar bezchmurny co zmuszało do ostrożnego lotu. Tymczasem poza granicą widzialności znów był obszar dobrej cumulusowej termiki. Skorzystać na tym oczywiści mogli wtajemniczeni. Sebastiana w tym dniu upolowali na odejściu Niemcy i gromadka innych pilotów -podczepiających się do dobrego holownika. W warunkach pozwalających na samodzielny lot jest on jednak dla innych znikającym punktem, więc w rejonie Sieny odstali od niego na kilkanaście kilometrów nawet jego współtowarzysze. Termika bezchmurna ma jednak inne prawidła, wiec w drodze powrotnej samotny jeździec musi zwolnić, a grupa mająca duży obszar penetracji łatwiej wyszukuje wznoszenia. Nie uszanował tej zasady dotychczasowy lider klasy klubowej Szwajcar Danz, i... huknął w łan pszenicy. Sebastian pomyślnie przebył to pole minowe, ale już na dolocie grupka lecących za nim pilotów trafiła przypadkowo w silne wznoszenie i zdołało go przeskoczyć paru pilotów. Wielki dramat przeżywał, i podniósł nam trochę tętno Krzyszof Herczyński.. Odstał nieco na końcowym odcinku trasy i będąc nisko zgłosił, że podchodzi do lądowania w rejonie Orvietto. Na tym urwała się łączność, nie napływał też meldunek o lądowaniu.Co to znaczy dla osoby odpowiedzialnej za ekipę wiedzą ci którzy takie sytuacje przeżyli, a dotychczasowy dorobek mistrzostw w postaci siedmiu rozbitych szybowców miał dodatkową wymowę.

Na dodatek Sebastianowi prowadzącemu całą watahę szybowców złożyło się na dobiegu kółko i klapka komory podwozia została w murawie. Sprawiło to dodatkowy kłopot. Z pomocą pośpieszył jednak zawsze życzliwy Holger Back i podarował nam niezbędne części a złote rączki nieocenionego pomocnika Foltina , Miroslava Klinki, usunęły do nocy uszkodzenia szybowca.

Ciągle bez echa pozostawały próby wywołania Krzyśka przez radio, lub telefon, ale gdy słońce zmieniało już barwy wchodząc za horyzont z trzasków i szumów radiostacji dobiegła nas radosna wieść, że LOT jest nad bliskim już Terni i ... nie wiadomo w czym, ale szybko wznosi się do góry i doleci!