14.07.2008 - 7 konkurencja Mistrzostw
Walka o przywództwo na tej ziemi od zarania historii był a ciężka i krwawa. Wprawdzie nikt obecnie nie sięga po truciznę ani sztylet, ale już siódmy szybowiec został wyeliminowany, a w powietrzu dzieją się niezłe scenki. Organizator igrzysk już w starym Rzymie wykładał ogromne fortuny na przygotowania aby przy okazji samej imprezy zebrać dla siebie niezłe profity a czynili też wiele, by ich faworyci wypadli jak najlepiej. Generalnie ujmując nie zmieniło się to do dziś.
Po niedzielnym strzelaniu w atmosferze i drobnym przekropku, szybko odparowały warstwowe, poranne, chmury kryjące pobliskie szczyty a w ich miejsce rozwinęły się piękne cumulusy. Dość silny wiatr wzbogacał możliwości latania o loty żaglowe i dawało szansę lotów falowych. Ta ostatnia, przy braku typowego dla fali zachmurzenia, stwarzała zdecydowane preferencje tym którzy przemierzali te ścieżki Apollina setki razy. Jest więc zrozumiałe, że dobrano trasy tak aby pułapek było jak najwięcej. Nie wprowadzono też ograniczenia wysokości przed startem, więc kto wiedział którędy wiodą tajne schody na wyższe pięterko, ten mógł się śmiać z niewtajemniczonych już przed odlotem.
Nasi światowcy i piloci klasy club, startujący o przyzwoitej porze, mieli jeszcze możliwość rozeznania warunków i wypracowania dogodnej pozycji do startu. Wykorzystali to należycie i spokojnie, znad chmur, wcześnie odeszli ze swoich punktów odlotowych na trasę. W fatalnej sytuacji znaleźli się natomiast Sebastian i Krzysiek bo przypadło im startować na samym końcu kolejki - w porze kiedy już należało odchodzić na dość długą, 400- kilometrową trasę. Oni także starali się wstawić na falę, ale wiatr zmienił już nieco kierunek i fala drwiła z nich - nęcąc wznoszeniem, to znów chowając się nad inną chmurką. Kilka takich prób nie dało efektu, więc musiałem chłopakom przypomnieć, że Chronos jest nieustępliwy.Start na końcu kolejki postawl ich w beznadziejnej sytuacji ,bo musieli odlatywać na trasę spod chmur z wysokości około 1500m podczas ,gdy najgrożniejsi konkurenci, uprzywilejowani przez wczesny start mieli komfortową sytuację, bo rozpoczynali lot z wysokości ponad 3000 m. Zyskiwali więc handicap pokonania pierwszych kilometrów trasy w pasie wznoszeń falowych oraz dodatkowo zyskiwali na prędkości lecąc w rozrzedzonym powietrzu. W rezultacie ,gdy nasi przekraczali linię startu , ich rywale wykonywali nawroty na południowym krańcu trasy ,po przeleceniu ponad 100 km. Było to kardynalne zaniedbanie organizatora, bo w takich warunkach, dla zrównania szans pilotów, powinno się zasadniczo ograniczyć wysokość startów. Ponieważ słońce szybko zmierzało już do linii horyzontu nie można się już było oglądać na nic ,lecz poganiać swoje Pegazy, aby gonić uciekającą czołówkę.
Wiatr, układ gór i chmur dawały wiele alternatyw lotu, toteż podglądanie zmagań pilotów w systemie obrazującym w tym dniu przebieg lotów w klasie standard, dostarczało kibicom wiele emocji. Szybowce klasy światowej przy silnym wietrze nie miały szans na pokonywanie rozległych dolin, toteż wyznaczono im trasę w kształcie dwu nałożonych na siebie jedynek, wzdłuż pasma wysokich gór po wschodniej stronie lotniska. Przedefilowali więc dwukrotnie przed naszymi oczami, a tuż przed 18-tą, jako pierwszy, przemknął nad metą Smyk pilotowany przez Słodowskiego. Nie przypuszczał on ,że w końcowej fazie poleci mu się tak dobrze ,więc zbyt wcześnie zawrócił w ostatnim obszarze zwrotnym i ukończył lot kilka minut przed wyczerpaniem trzygodzinnego limitu czasu co pogorszyło troszkę jego świetny wynik.
Podobnie bezproblemowo przebiegał lot obu Tomków. Pięknie współpracując utrzymywali bardzo dobre tempo lotu, ale nad końcowy odcinek ich trasy nasunęła się warstwa chmur odcinających dopływ zbawczej energii słonecznej.Dolina Vellino, która na ogół tak pięknie podpiera swymi oddechami pędzące ku mecie szybowce, tym razem była zbyt gościnna i przytrzymała ich na kwadransik.
Wizualizacja lotów przekazywana jest z 10-minutowym opóźnieniem. Daje to możliwość niezbyt czystych gier dla dobrze wyposażonej licznej ekipy. Postanowili z tego najwyraźniej skorzystać Francuzi. Trener, nie kryjąc się nawet zbytnio, przesyła informacje z podglądu do pośrednika, który ulokowany z silna radiostacją na wysokiej górze i przekazuje informacje zawodnikom. W tym dniu postawili na Sebastiana. Dokładnie wtedy, gdy pokazał się na ekranie ślad jego lotu francuska para odleciała na trasę kopiując idealnie trasę naszej polsko-słowackiej czwórki. Nie wyszli na tym najlepiej, gdyż Sebastian wybrał wariant bardzo trudny, na wskroś przez góry do miejsca gdzie przed laty rozbił się Janusz Centka, a w tym roku Litwin. Naszym udało się dość gładko sforsować przeszkody, ale muszkieterowie wpadli w tarapaty, stracili sporo czasu i z powodu nieudanego pościgu oraz późnej pory, zrezygnowali z lotu ku nadmorskim górom, decydując się na łatwiejszy lot na północ wzdłuż pasma gór przy lotnisku.
Meteorolog znów opowiadał bajki. Wiatr nie zmienił kierunku na zachodni, korzystny dla przyjętego przez Sebastiana i jego towarzyszy wariantu, ale nadal podrzucał piasek i ciepło z Sahary, opływając równolegle góry do których lecieli. W tej sytuacji przyjazne na ogół szybownikom zbocza nie chciały ich wynieść nad wysokie szczyty, a tylko wiatr używał sobie na śmiałkach tarmosząc ich przy skałach. Kreseczka znacząca lot Sebastiana i Kubovcika, bo tylko im w tej grupce zainstalowano wskaźniki lotu, ciągle denerwująco nisko utrzymywała się u podnóża kolejnych skalnych kolosów z nadmorskiego pasma Apeninów. Jednak konsekwentnie parli oni naprzód starając się podeprzeć przy poprzecznych do wiatru załamaniach zbocza...
Nie wytrzymał tego obciążenia Kubovcik i cofnął się z Foltinem na czole przedostatniej góry w tym przymorskim paśmie /Gorzano/ zaś Sebastian w towarzystwie Krzysia z uporem parł do samego końca i dopiero tam wykorzystali korzystne ukształtowanie zbocza, które wyniosło ich do wierzchołka. Mimo nie sprzyjającego układu wiatru manewr ten opłacił się, bo nasi piloci odrobili znaczący dystans do czołówki i ostatnią strefę nawrotu osiągnęli na stosunkowo dużej wysokości. Wyszedłem więc na chwilę sprzed ekranu by rozeznać sytuację meteorologiczną na dolocie i spróbować nawiązania łączności. Gdy wróciłem przed ekran... zbaraniałem! Sebastian starał się właśnie omijać górę w centralnej części obszaru nawrotów. Był w połowie jej wysokości a powinien być wysoko nad nią. Gdzie się podziało tak nagle 1000 m wysokości? Na dodatek tam gdzie jeszcze przed chwilą wznoszenia termiczno-żaglowe ładnie podpierały poprzedników, LS 8 pilotowany przez Sebastiana w zastraszającym tempie tracił wysokość spływając dramatycznie w rozpadliska u podstawy gór. Co się stało? Przecież po horyzont nie widać jakichkolwiek symptomów załamania się pogody a nad nami nieskalany chmurką błękit...
Dopiero po wylądowaniu Sebastiana okazało się, że przez prześwit między Sardynią a Korsyką morze podrzuciło porcję wilgoci z chmurami, które akurat w obszarze nawrotów zaczęły zrzucać swój wodny balast w czasie gdy dotarli tam nasi piloci. Tak więc bardzo dobry wynik spłynął z wodami Tybru, a zaczęła się dramatyczna walka o przetrwanie. Gdy wydawało się, że już nic nie uchroni ich przed dramatem lądowania w terenie, w którym każda taka okoliczność niesie zagrożenie dla życia i szybowca, zobaczyliśmy, że Sebastian znalazł mizerne, kapryśne, wznoszenie żaglowe na wyniosłości którą należało by nazwać raczej kretowiną niż wzgórzem. Szybowiec mozolnie kreślił ciasne ósemki tuż nad wierzchołkami, bardzo realistycznie pokazywanych w symulacji drzew. Co dostał bardziej rześki podmuch to znów za chwilę opadał w dół-jakby jakiś złośliwy potwór zdmuchiwał go z powrotem ku rozpadliskom. Mimo wszystko, gdy tylko udawało się odbić trochę od niegościnnej ziemi, sylwetka MajkPapa znów kreśliła opadającą kreseczką ku następnemu załamaniu zbocza, albo korzystniej w stosunku do kierunku wiatru ustawionemu wzniesieniu. Nie trzeba wielkiej wyobraźni aby uzmysłowić sobie co przeżywa w takich chwilach pilot, któremu złośliwy los w jednej chwili zamienił lot po zwycięstwo w ciężką walkę o przeżycie. Jednak małymi skoczkami udało się mu dotrzeć do ustawionego poprzecznie w stosunku do wiatru zbocza i teraz już dość regularnie zaczął piąć się w jego wyższe partie. Tu spotkał się znów ze Słowakami którzy, ostrzeżeni niepowodzeniem Sebastiana dolecieli tylko na skraj obszaru nawrotów i nabierając bezpiecznie wysokości niezbędnej na dolot obserwowali z góry dramatyczną walkę Sebastiana i podążającego za nim Krzysia. Bardzo obrazowa w tym momencie była konkluzja Kubovcika:
- Ja bym se posral w takoj to stati.
Tomasz Kawa