Od rana piękny błękit, więc i pogoda też pewnie dopisze. Start ok. 13-tej, hol błyskawiczny, wyczepienie i ... masło... Bezchmurna okazała się bardzo słaba. Przez ok. 1,5 godziny udało mi się przelecieć połowę drogi do gór, na szczęście druga połowa poszła znacznie szybciej. Góry to już była zupełnie inna bajka. Montdenier, Montagne do Coupe - 4 metry średniego, Cheval i już jestem na Parcourze. Dwie podkrętki i przeskakuję jezioro Serre de Poncon. Na Guillaumie znów ładny komin i lecę dalej na północ. Wiatr północno-wschodni, dosyć mocny przeszkadza termice co dosyć szybko odczuwam w okolicy Briancon, gdzie spadam na 2000m. Chyba wycieczka na Glacier Blanc się nie uda :( Na zegarze mam już 17-tą, 140km do domu, więc trzeba zbierać się do powrotu. Znajduję komin nad Tete d'Amont, wykręcam 3500 i odlatuję na południe. Postanawiam lecieć wschodnią strona Durance, po nawietrznych stronach gór, tak by dolecieć do Parcouru. Zaśnieżone górki nie dają jednak dobrych noszeń i muszę znowu zaglądać wiewiórkom do dziupli. Upragnioną trójkę znajduję dopiero przy Pic de Morgon. Wykręcam 2400 i dalej lecę bezproblemowo na żaglu po Parcourze i Cheval Blanc w stronę Vinon. Zapas mam duży, bo ok. 500m. Zostawiłem go ze względu na dość silny wiatr i spokój, który chcę mieć na dolocie. Wylatuję z gór w dolinę rzeki Asse, a tu na wariometrze pokazuje się 2,5 i przez długi czas nie schodzi poniżej. To chyba konwergencja. W każdym bądź razie miła niespodzianka. Lot pełen wrażeń kończę po 18-tej.
Tosiek