Znów poranne niebo nie wita nas pełnią słońca. Na niebie pełno cirrusów, zdarza się i alto. Szybowiec mimo to zaciągnęliśmy na start i pojechaliśmy na zakupy. Ok. 12-tej wracamy, ja zaczynam powoli myśleć, gdzie wybrać się na kolejną wycieczkę a tu widzimy holówkę ciągnącą szybowiec w stronę Montagne de Lure. Za kilka minut wraca i znów holuje następnego. Coś się dzieje. Pytam Regisa a on mi odpowiada, że nad Manosque - miasteczkiem oddalonym o kilka km od lotniska jest druga fala od de Lure. Nosi podobno 2m/s. Trzeba to sprawdzić. Holuję się po 13-tej i na 1500m mam już do 4m/s. Wykręcam 3700 i przeskakuję do przodu. Na pierwszej fali nosi 5m/s, lecę dalej. Postanawiam przedostać się zgodnie ze wskazówkami Regisa, przez de Chabre do Pic de Bure. Przeskoki z fali na falę nie stanowią problemu. Pogoda robi się jednak coraz trudniejsza, widoczność coraz słabsza a wysokość maleje. Przelatuję Montagne de Ceuse niewiele nad wyciągami znajdującymi się na jej szczycie. Podlatuję do de Bure dużo poniżej szczytu. Walka z rotorami przyprawia o dreszcze, raz w górę, raz w dół, ale nie poddaję się i w końcu udaje mi się załapać na falę. Teraz to już jest bajka. Fala nie ma zbyt dużej siły, nosi od 2 do 4 m/s, ale jest zdecydowana i wynosi mnie na 5900m npm. Niska temperatura i brak aparatury tlenowej skłaniają mnie do decyzji, żeby powoli zawracać do Vinon. Po drodze podziwiam piękne widoki, ośnieżone góry i piękne jak malowane soczewki. Lot kończę po 3,5 godzinach zmarznięty na kość. Kolejny dzień pełen wrażeń za mną.
Tosiek