Najważniejsze mieć plan i trzymać się planu. Gdybym tak zrobił oszczędził bym sobie wiele stresu na początku trasy.
Start był dosyć późno, pomimo, że od rana nad Omarama wisiały piękne cumulusy czekaliśmy na gridzie do 13:00. O tej porze dnia nad doliną zaczyna się przesuwać linia konwergencji i wiatr zakręca na wschód. Zimne powietrze wypłukuje noszenia do pierwszych przeszkód, małych górek Cloud Hill w połowie basenu. Wisząc w powietrzu przed odejściem przyglądałem się przemieszczającemu się szlakowi i doszedłem do wniosku, że najlepiej przeciąć linię na wschodnim skraju i od razu zakręcić pod szlak.
Tak zrobiłem, ale do czasu otwarcia startu ze szlaku zostały pojedyncze chmury a reszta szybowców doginała po kresce do pierwszego dobrego wydawało się Cu. Po drodze trafiłem na niewielkie noszenie, ale lecąc szybko, nie wiedziałem dokładnie jak mocne i poleciałem dalej zasugerowany kolegami. Niestety lecieli nieco zbyt na północny zachód. Kiedy chmura okazała się nic nie warta poleciałem z powrotem po stracie kilkuset metrów na swoją stronę i tam wreszcie dopadłem noszenia. Z początku niecałe 1.5m/s ale i tak więcej niż peleton na zachodzie. Najlepiej na tym wyszli lecący z tyłu koledzy, którzy „wymacali” noszenie, przez które przelatywałem i zostali w nim. Po chwili minęli nas górą 500m wyżej. Mnie w końcu też się udało i dołączyłem do mocnego komina nad Magic Mountain gdzie szlaki wszystkich szybowców w końcu się przecinały. Znalazłem się nad peletonem. Od tego momentu rozpoczął się wyścig, który starałem się ostrożnie kontrolować z góry. Niestety taka taktyka w GP opłaca się, bo wystarczy kilka sekund nad konkurentami i punkty w kieszeni. Za wychylanie się do przodu nie płacą nic.
Najgorętsza okazała się końcówka. Spotkałem się z Flewetem. Do punktu Huxley miałem sporą przewage nad Benem któremu udało się swoimi ścieżkami oderwać od peletonu. Leciałem pod cumulusami, które wydawało mi się będą nosiły od stromych skał, ale tak nie było i straciłem na tym. Ben, który poleciał po prostej znalazł się nad Huxley prawie jednocześnie ze mną i robiąc ciasny zakręt wleciał pod mój szybowiec. Nie czułem się zbyt komfortowo widząc pod kadłubem wystające końcówki jego ASW lecąc tuż przy skałach Newman’s Range. Wywołałem Bena przez radio 2 razy, ale niestety ani się nie obejrzał, ani nie odpowiedział. Po kolejnym podmuchu postanowiłem się nieco odsunąć i jedyną drogą było wylecieć dalej od skał. Na tym Ben zyskał i po chwili był 30 m wyżej. Ohau Range słabo nas podtrzymywało, zbyt słabo by dać komfort wysokości na dolocie. Tak znalazłem się na przegranej pozycji, ale gdy tylko zbocze się skończyło, nowozelandczyk stracił pewność siebie i pozwolił mi się wyprzedzić. Leciał po prostej a ja wybierałem trasę przez małe kłaczki. Po chwili znaleźliśmy się prawie na jednakowej wysokości. Dolot był z niewielkim zapasem z powodu nasilającego się bryzowego podmuchu i duszenia od rozległej konwergencji nad zboczami. Ben zaczął zwalniać. Dało mi to możliwość ucieczki do przodu i tak znalazłem się na mecie przed nim.
Niestety złożył complaint i mam ostrzeżenie za niski dolot… 20m to nisko? Wygląda na to, że skończyła się miła atmosfera. Dziś jak codziennie, jak w zegarku punktualnie o 18:00 przyszedł zimny podmuch bryzy od wschodniej strony.
SK