Relacja z zawodów w Wanaka

Pierwszy dzień zawodów w Wanaka przepadł. Niestety trochę z winy organizatorów, którzy zbyt ściśle chcieli się trzymać planu i w czasie kiedy dla szybowców była wspaniała falowa pogoda czekali na przedstawicieli miękkopłatów.Dla lotni i paralotni wiało zbyt mocno a szybowce zaplanowano dopiero po południu i w rezultacie nie latał nikt... Niestety szybownictwo ma wiele wspólnego z rolnictwem. Jak jest pogoda to trzeba kosić i zbierać żniwa, a jeśli jej nie ma, to można się zająć innymi sprawami. I tak prawdziwie falowy dzień został zmarnowany bo po południu zaczął padać deszcz i fala zniknęła. Szczęsliwie następny dzień miał nas przywitać cumulusowym porankiem po przejściu frontu.

Wanaka to zawody o marchewkę. Większe znaczenie ma tu bezpieczeństwo i to, by pokazać szybownictwo z jak najpiękniejszej strony, niż ścisłe przestrzeganie regulaminu sportowego i zacięta walka na trasie. Przechodzimy więc kilka odpraw na temat zasad lotów i bezpieczeństwa na lotnisku komunikacyjnym, na którym normalnie będą przylatywały samoloty rejsowe (SIC!). Brian sugeruje nawet, że jeśli komuś nie powiedzie się, to powinien skrócić trasę by nie blokować przestrzeni dla reszty pokazów i komunikacji. Ok, ale dla czołówki takie zasady są nie do przyjęcia i bojowa atmosfera narasta. Umawiamy się jedynie zmodyfikować kłopotliwy start. By był mniej niebezpieczny i bardziej widowiskowy jako pierwszy na linię startu poleci Uli, który będzie musiał pilnować osiągów. Reszta dostosuje predkość i wysokość do naszego ambasadora. Taki start stosowaliśmy już w zawodach na Żarze w czasie weekendowego GP startując za Pawłem Drendą, który udając zająca na słabszym szybowcu prowadził stawkę SZD55 przez linię. Upraszcza to wiele procedur i podnosi bezpieczeństwo.

Jak to często bywa cały tajny i misterny plan diabli wzięli, bo Uliego wyczepiono na zawietrznej w płytkiej dolince Mt Pisa gdzie nie miał szans wygrzebać się z pułapki przed otwarciem startu lotnego. Poleciał nad lotnisko i dopiero po długim czasie wykręcił odpowiednią wysokość, ale znalazł się daleko na zachód od linii i reszty zawodników. Stało się jasne, że nie zdąży nas poprowadzić. Kierownik sportowy korzystając z podglądu satelitarnego awykle wstrzymywał się z rozpoczęciem końcowego odliczania do momentu aż miał pewność, że wszyscy są bezpiecznie wysoko.  Niestety nie było na to szans dzisiaj, bo plan był napięty i mieliśmy metę przecinać dokładnie o piątej.

Przed startem korzystne warunki do latania były tylko nad Mt Pisa. Tam większość szybowców oczekiwała na start pod wysoko zawieszonymi cumulusami ale nadal było to zbyt mało by polecieć do naszego zająca i powrócić z nim na start. W takiej sytuacji większość zawodników, w tym i ja wystartowała dolatując do lotniska z prostej. Przy tak długim odcinku do linii mogłem precyzyjnie dostosować prędkość i wysokość by przeciąć ją na maksymalnej wysokośći, prędkości i w idealnym czasie. W takich warunkach na trasę odchodziłem jako pierwszy i znowu nie widziałem innych zawodników. Skierowałem się prosto na dobrze mi już znany, skalisty brzeg Jeziora Wanaka na prawo od kreski. Niektórzy skrócili sobie nieco trasę, ale lecąc dalej od skał po przeskoku znajdowali się niżej. Przez chwilę leciałem na czele peletonu aż do najwyższych szczytów w okolicy Dingle. Tu należało się podkręcić i wszyscy zatrzymali się w poszarpanych noszeniach by zastanowić się co dalej. Można było polecieć wzdłuż pasma górskiego, które szerokim łukiem prowadziło w kierunku punktu i to  było pewnie założeniem wykładającego trasę Gevina, lub polecieć po prostej środkiem doliny po nabraniu odpowiednio dużej wysokości. Ja wybrałem jeszcze trzeci wariant i poleciałem w lewo do najwyższych szczytów po drugiej stronie doliny, bo noszenie z tej stron było słabe. Tam po podniesieniu się w mocnym kominie do kłębiastego sufitu poleciałem na punkt. Nie byłem tam pierwszy, ale duża wysokość stawiała mnie w bardzo dobrej sytuacji.

Mam wrażenie, że realizatorzy pokazujący zawody nie byli w stanie stwierdzić w czasie wyścigu kto z zawodników prowadzi. Piętnastki mieszały sie bardzo szybko, mogły pokonywać dziesiątki kilometrów z prędkościami grubo ponad 200km/h, a do tego przy dobrej doskonałości szybowców kilkadziesiąt metrów więcej u zawodnika z tyłu stawiało go na lepszej pozycji niż czołówkę wyścigu. Stąd duża rola trzech komentatorów, którzy będąc szybownikami mogli przekazać kibicom te niuanse naszego sportu.

Po punkcie zwrotnym, czołówka która doleciała wzdłuż zboczy powtórzyła tę samą trasę z powrotem, a ja poleciałem swoim wariantem po prostej i dopadłem do skał nad Dingle. Tu, pomimo że minęło jedynie kilkanaście minut, warunki zmieniły się i ładny cumulus nie podniósł szybowców dobrym noszeniem. Znalazłem się w grupie ze Stevem i Didier więc kręciliśmy się cały czas poprawiając w różne strony w poszukiwaniu lepszego komina, ale go nie było. Podkreciliśmy prawie do podstawy, ciągle licząc na lepsze noszenie ale nie trafiliśmy w fazę i tyle. W końcu jedziemy do przodu. wzdłuż skalistych grzbietów, jeziora i doliny Wanaka. Tu znowu niemiła niespodzianka. Zbocze, które tak ładnie nosiło w górę rzeki podczas lotu w przeciwnym kierunku dawało duszenie. Boczny wiatr przesunął kominy tak, że nikt z mojej grupy nie potrafił ich znaleźć. W tej sytuacji stało się jasne, że jak najszybciej musimy dotrzeć do doliny Cromwell, nad którą wytworzyła się konwergencja przyozdobiona na szczycie rozległymi plackami chmur. Wreszcie dopadamy silnego komina nad środkiem doliny po drodze do Thomsons i w tym momencie wyścig jest już prawie rozstrzygnięty. Na szczycie krąży Ben Flewet, nieco niżej Michael Sommer a pod nimi Ja i Steve. Zacieśniamy ile się da w czterometrowym kominie. Gra jednak wciąż się toczy. Tak silny komin skraca dystans pomiędzy zawodnikami na przeskoku a dodatkowo liczne punkty zwrotne znalazły się w silnych duszeniach po bokach konwergencji, co z pewnością komplikuje wyścig. Podejrzewam, że wyłożona przez Gavina wzdłóż pasm górskich trasa miała nam dać dobre noszenia nad ich szczytami ale wszystko ułożyło się inaczej. Tak więc pędzimy za Benem przez opadające powietrze do Thomsons, starając się poprawić jego błędy. Za każdym razem kiedy jego szybowiec zapada się odlatujemy nieco w bok. Przysuwamy się, kiedy jego ASW wychodzi w górę i to daje efekty bo wysokości się wyrównują. Jednak wciąż jesteśmy kilka kilometrów z tyłu. Po Thomsons Ben leci po prostej na Cromwell a ja wybieram trasę po grzbiecie Dunstan do pierwszego cumulusa. Michael leci za mną. Steve wybrał środek starając się jak zwykle kontrolować i wykorzystać wszystkich. Po drodze znowu dusi niemiłosiernie, tak że opadam równolegle do stromego zbocza i kiedy wreszcie dolatję do słonecznego brzegu cumulusa jest to wielka ulga. Niestety nie ma tu tak silnego noszenia na jakie wskazywał kształt chmury. Kręcimy się nieco dookoła z Michaelem ale nie możemy znaleźć nic lepszego. Po krótkiej chwili widać, że koledzy nad doliną złapali silniejszy komin. Nie ma na co czekać. Można polecieć do nich, ale to by była przegrana. Można też zaatakować i lecieć dalej na trasę. Najlepszą obrona jest atak więc rzucam się w kieruku Cromwell i jego powiększonej strefy. Niech inni się teraz zastanawiają jak długo mogą sobie pozwolić na krążenie w kominie. Po punkcie mam wreszcie więcej szczęścia i dobrze wpasowuje się w noszenia rozległej konwergencji. Powoli wychodzę nad ścieżkę dolotową pomimo prędkości 200km/h. Ostatni punkt znowu jest w silnym duszeniu i zabiera całe 300m zapasu na dolot. W tym momencie na trasie pojawia się dwusilnikowy samolot komunikacyjny i ponieważ nie dostaje zgody na lądowanie musi zostać nad środkiem doliny. Pojawił się nieco wcześniej niż planowano i teraz musi poczekać w krążeniu. To musiał być szybownik, bo kiedy przelatuję nad nim mocny komin podnosi mnie znowu nad ścieżkę więc bez krążenia lecę dalej. Dziesięć kilometrów przed lotniskiem konwergencja się kończy. Wiatr wzdłuż doliny przyspiesza i do tego silnie dusi. Nie ma rady, trzeba zawierzyć obciążonym gładkim skrzydłom i pędzić do przodu ile się da. Zmniejszona prędkość w duszeniu i pod wiatr nic nie pomoże. Wybieram lewą stronę, bo jest to jednak nasłoneczniony północny stok góry Pisa i to okazało się dobrą decyzją. Duszenie ustaje i wysokości wystarcza mi by grzecznie, na 30 metrach z pełną prędkością przelecieć wzdłuż całej długości pasa Wanaka. Otwieram wodę i wyrywam do góry przed publicznością. Tak się zlożyło, że nad lotniskiem zaczęło już nosić i szybowiec leci do góry bez końca. Pozwala mi to na zbudowanie pełnej rundy. W tym czasie na prostej jest już Ben, który wygrał wyścig. Za Benem ląduję dwusilnikowy samolot, a za nim ja. Reszta zawodników miała mniejsze lub większe problemy z dolotem do mety i prawie wszyscy wylądowali z prostej na progu pasa. Peter Krejcirik zaliczył pole kilka kilometrów wcześniej.

Po triumfalnej rundce zatrzymujemy się grzecznie na swoim, trawiastym kawałku lotniska i wymieniamy gratulacje. Dolatuje do nas jeszcze trzeci Mark Holiday. Różni ludzie od razu otaczają Bena a potem razem z dziennikarzami i kamerami zajmują mu trochę czasu.

Kilka dni wcześniej, zanim jeszcze były znane wyniki zawodów w Omaramie, zaproponowano by na mecie w Wanaka ustalić kolejność taką, jak wynikała z zawodów. Potem, skoro Ben spadł z prowadzenia nie rozmawialiśmy już na ten temat. Nie wiem, może to ta propozycja przesądziła w dniu zawodów w Wanaka, alepo chwili reporter z kamerą podchodzi do mnie i pyta jak się czuję po wygranym wyścigu. Zdziwiony odpowiadam tym samym i pytam jak Ben się czuje po wygranym wyścigu? Okazało się, że nie doleciał do strefy ostatniego punktu zwrotnego i w ten sposób nie zaliczył wyścigu. Nie było o to trudno, bo trasa została zmieniona w ostatniej chwili i poszerzono cylinder nad punktem z pięciuset metrów do pięciu kilometrów. Loger w takim wypadku nie zwiększał gęstości zapisu i jeśli zawodnik miał pecha, nie zmienił ustawień, to mógł wlecieć i wylecieć z żółtego pola pomiędzy kolejnymi punktami zapisu. No cóż, może tak było, a może to tylko gentelmeński gest Nowozelandczyka. Dla mnie to i tak on wygrał zawody w Wanaka.

Zadowolony Jacek funduje sobie krótki lot myśliwcem P51 Mustang. Ale jazda.

Sebastian Kawa