Konkurencja, konwergencja - relacja Sebastiana Kawy z 3 konkurencji

Dzisiejsza prognoza pogody przewidywała bezchmurne niebo nad Omaramą, choć rano nad całą doliną zalegał stratus. Po śniadaniu w czasie, gdy przygotowywaliśmy szybowce przez cieńszą i cieńszą pokrywę chmur zaczęło przeświecać słońce. Powoli, prawie jak co, dzień podstawa zaczynała odsłaniać wyższe i wyższe partie Wielkiego Bena na Północ od lotniska.

Starty kilkakrotnie odraczano, a i tak po starcie noszenia nad lotniskiem były słabe. Szybowce powoli wspinały się pod kolejnymi piętrami podstaw cumulusów nad szczyt Benmore. Wreszcie rozpoczęto odliczanie. Start jak start. Okazuje się, że w Grand Prix nie ma większego znaczenia kolejność na starcie, a zwykle ci, którzy zostają z tyłu doganiają szybko czołówkę lecąc po rozminowanym i rozpoznanym nieboskłonie. Wiedziałem, od początku, że jak najszybciej muszę się dostać nad Lindis Pass, ale niezbyt nisko, by być nad, lub tuż poniżej szczytu. Niestety mały cumulus nad pagórkami w naszej dolinie nie dał dobrego noszenia i bełtaliśmy się tam niepotrzebnie przez kilka minut z większością szybowców. Początek trasy wygrali ci, którzy pozostali po lewej, lub z tyłu. Kiedy uznałem, że wreszcie mam wystarczającą wysokość, by wlecieć nad szczyt przełęczy wyszedłem z komina. Tam okazało się, że Uli wyprzedził nas bokiem i leci przede mną wzdłuż zbocza. Ku mojemu zdziwieniu, przed jego końcem górek odbił po kresce w kierunku punktu. Ja, poleciałem do końca i tu znalazło się piękne noszenie, ale niestety stracony czas w pierwszym krążeniu pozwolił kilku innym szybownikom dolecieć na górze.

Od tego momentu lot był już mniej stresujący i powoli zacząłem wyprzedzać zawodników. Koło Dingle, tuż przed jeziorem Wanaka znaleźliśmy konkretne 4m/s. Zostałem w kominie najdłużej, i po wyjściu wybrałem nieco inną trasę bardziej na południe i to dało mi przewagę po przeskoku. W górach zawsze lepiej być powyżej szczytów i ta zasada wkrótce zaczęła procentować. Mały peletonik przede mną miał kłopoty ze znalezieniem dobrego noszenia i przeskoczył nad Makarora bez nabierania wysokości w kierunku punktu Siberia. Następne zbocza wyglądały obiecująco, ale niestety w NZ każda następna dolina jest inna. Tutaj noszenia okazały się słabsze. Sam miałem dosyć wysokości by podkręcić pod podstawą, ale inni, jak Peter mieli mniej szczęścia i o mały włos potem nie wylądowali w Makarora.

Na następnym boku widząc obniżające się podstawy po zachodniej stronie postanowiłem nieco obejść środek odcinka południem. Dołączył do mnie Christopher Ruch i dalej w miarę razem lecieliśmy aż do górek Barier Range. Christoph zostawił jedną chmurę z wiszącymi u podstawy długimi wąsami i po chwili znalazł się dużo niżej. Tu z kolei ja popełniłem błąd. Nad Ohau Range chmury wyglądały na rozlane i miały niższą podstawę niż gdzie indziej i nauczony doświadczeniem z poprzedniego roku próbowałem nabrać jak najwięcej wysokości. Podczas gdy krążyłem w relatywnie słabym noszeniu dogonili mnie konkurenci, którzy polecieli ryzykowniej i dotarli nad Ohau wcześniej niż ja. Zbocze pracowało doskonale. Tym razem było tu dobre noszenie, inaczej niż poprzedniego dnia. Od tego momentu zaczął się szaleńczy wyścig przy skałach z prędkościami 250 km/h w kierunku domu. I znowu mountain rat, jak go tu nazywają, Giorgio Galleto wymacał inne przejście i dogonił, a potem przegonił kilku zawodników. Do samej mety lecieliśmy w trójkę z Michaelem Sommer, ja i Galleto i stawka rozstrzygnęła się w okolicy ostatniego punktu zwrotnego kiedy koledzy zaczęli wykorzystywać przewagę wysokości i pognali do mety zostawiając mnie za soba. Cóż było robić. Wykonałem bezpieczną rundkę dookoła lotniska. Zadziwiające jak wysoko można wyjść wykorzystując prędkość 250km/h.

Dużo przed nami doleciał bezpiecznie Mario Kiessling.

Do tej pory nie ma na lotnisku jeszcze jednego zawodnika Herbert Weiss wciąż jeszcze lata między grzbietami. Organizatorzy ogłosili fazę niepewności i posłali samolot z lotniska i helikopter by go szukał.

SK