Wreszcie latamy.

Od świętej Anki zimne noce i poranki. Zgodnie z ludową przepowiednią zimna Anna przyniosła zmianę pogody z chłodnej na jeszcze zimniejszą, ale bez deszczu. Wiatr z północnego zachodu zaciągnął niebo stratusem o podstawie około 700m i w miarę jak słońce przegrzewało chmury w szarej warstwie pojawiały się ciemne podstawy aż wreszcie w chwiejnej masie pojawiły się szlaki cumulusów. Niestety działo się to zbyt późno, by mokra ziemia nagrzała się odpowiednio mocno, a wiatr 40 km/h dodatkowo szarpał i osłabiał noszenia.
Grid został wystawiony na stronę południowo zachodnią, tak, że startowało się z silnym bocznym wiatrem i wiele szybowców miało problemy, by wystartować bez kładzenia skrzydła na ziemię. W tym kierunku zaraz za lotniskiem znajduje się 40m wzgórze porośnięte niewielkim lasem i gąszczem drutów wysokiego napięcia, więc emocji było sporo, kiedy co słabsze wilgi holowały przeciążone szybowce klasy standard i duodiscusy w silnych podmuchach tuż nad drzewami. Szczęśliwie wszystko zakończyło się bez groźnych incydentów.
W powietrzu przez kilkadziesiąt minut do otwarcia startu lotnego szybowce wiszą w okolicy Prienai, nad zakolem Niemna w porwanych noszeniach. Nie wznoszą się powyżej 800m a PW5 mają kłopoty, by w ogóle przesuwać się pod wiatr. Początkowo cumulusy, które powstały ze stratusa są dosyć szerokie a noszenia wręcz przeciwnie, wąskie i lata się kiepsko. Przy takim wietrze w górach latanie było by bardzo ciekawe, ale tu nie ma na to najmniejszych szans. Pomimo zmiany kierunku wiatru z wysokością nie udaje się latać nad chmurami i lekkie zafalowanie nie jest do wykorzystania. Klubowicze postanawiają odchodzić na treningową trasę bez czekania by wykorzystać pozostałą część dnia na lot w kierunku zachodnim. Kiedy tylko dyrektor sportowy przebił się z ogłoszeniem startu przez liczną korespondencję radiową między holownikami Sebastian i Łukasz przecinają linię startu. Tomek nie leci na trasę a jedynie oddala się na południe, bo jak to często bywa elektronika w BI odmówiła posłuszeństwa. Klasyczna trasa wyłożona przez kierownika sportowego prowadzi zawsze w poprzek szlaków, więc nie dziwi nas to, że i tym razem Litwini kontynuują tradycję. Lecimy początkowo na południe wybierając co tłustsze chmurki w prezentujących się na całej długości szlakach, ale i tak średnie noszenia nie przekraczają 1,2m/s. Potencjał noszeń i siła z jaką przewracają nasze jantarki wąskie kominy sugeruje, że ruchy powietrza są bardzo mocne, ale wąskie. W takiej pogodzie bez problemów można by latać szybowcem klasy otwartej, wzdłuż szlaków. Silne podmuchy były by wystarczające do lotu po prostej, ale niestety wąskie noszenia w krążeniu są prawie nie do wykorzystania. Lecąc na południe, co drugi szlak odbijamy prostopadle od trasy na zachód lecąc pod uporządkowanymi cumulusami i stwierdzamy, że w locie po prostej nawet szybowce club nie tracą lub nawet nabierają nieco wysokości. Szlaki robią się jednak tak wąskie, że nie latamy obok siebie, a raczej na zakładkę w ciasnym szyku. Na południu wiatr skręcił jeszcze bardziej w prawo i czasami lecąc w jego kierunku odbijamy od kreski ponad 90 stopni, a i trak przybliża nas to do punktu, jeśli wznosimy się pod równymi podstawami! Ten bok okazał się najtrudniejszy do pokonania i po ominięciu punktu zwrotnego już o wiele łatwiej ciągniemy pod wiatr korzystając z uporządkowanych noszeń. Słabe kominy umożliwiają kilkudziesięciominutowy lot po prostej bez straty wysokości. Nie przekłada się to jednak na duże odległości na ziemi. Pojawia się kilka LS-ów z klasy club i standard, bo wzdłuż odcinka pod wiatr stawka mocno się zagęściła. Każdy, kto lecąc z wiatrem do punktu zaliczył go na dużej wysokości momentalnie dopadał lecące pod wiatr szybowce, jeśli tylko te zatrzymały się w krążeniu.
W tym czasie Krzysiek i Przemek walczą cały czas z silnym wiatrem w rejonie lotniska i jako jedyni ze swojej klasy zaliczają linię startu. Musieli do niej przelecieć tylko 7km a zajęło im to sporo czasu. Dalsza trasa PW5 prowadzi pod wiatr i niestety okazała się zbyt trudna dla tych szybowców. Po 15 minutach nasi pokonali marne 5 km trasy. Godzinę później po 20 km przelotu obaj polegli w nierównej walce z wiatrem w okolicy pierwszego punktu zwrotnego, bo kapryśna pogoda w tym rejonie wypłukała cumulusy i odstęp między szlakami zwiększył się do 20km, grubo ponad możliwości PW5. Dzisiaj mamy trening, więc Sebastian z Łukaszem rezygnują chwilowo z dolotu do mety, nie wracają nad lotnisko i mozolnie pną się pod wiatr w kierunku nad Jamajkę który wylądował w okolicy jeziorka „Dusi”. Tymczasem Krzychu przeżywa w polu mały stres, bo miejscowi żądają od naszego pilota odszkodowania za lądowanie na łące, co podobno spowodowało, że kombajn na sąsiednim polu nie może kosić zboża…Cała przygoda kończy się szczęśliwie po telefonicznej interwencji organizatora zawodów i Jamajka pospiesznie pakuje wózek z szybowcem. Przemek lądował nieco bliżej lotniska i załadował szybowiec bez kontaktów z miejscowymi, którzy jak się okazuje, różnie są nastawieni do Polaków. Na szczęście w większości pozytywnie.
Wieczorem sprawdzamy działanie systemu ściągania plików z logerów i przesyłamy pliki przez Internet. System nie zadziałał w 100% i częściowo trzeba było skorzystać z tradycyjnej poczty internetowej. Zawsze to jakieś udogodnienie, nie trzeba było chodzić 100m z campingu do komisji sędziowskiej…
Prognoza na następne dni nadal nas nie rozpieszcza.