A jednak czasem zagląda tu słońce

Pogodny zachód słońca i niebo roziskrzone gwiazdami wróżyły, iż wreszcie skończy się ten koszmar ponurego nieboskłonu, ale przed północą zaszumiał bór wieszcząc, że jakieś czortry mieszaję w niebiesiech. Takoż kolejny ranek znów wstawał spowity w welony mgieł, starających sie sięgnąć latających sióstr, które włóczyły nad ziemią swe brudne, postrzępione szaty. Gasł więc szybko blask oczu lotników, rozbudzonych nadzieją na piękny dzień. Każdy ma już dość wilgotnej trawy i ponurego nieba.

Jednak gdy zabrzmiały dzwony na Anioł Pański słoneczko przedarło się wreszcie przez brudną opończę a stare bociany jęły wyprowadzać swą dziatwę na lekcje podniebnej nawigacji. Poderwały się za nimi takżę i nasze ptaki, ale kapryśne wznoszenia spłataly figle, kilku pilotom zmuszająć ich do kolejnego starty. Wśród nich znalazł się Heniek Muszczyński a gdy ponownie wystartował zanikło jego radio. Na dodatek w najgorętszym momencie otwierania startów i odlotów na trasę uciął sobie drzemkę stary ,poczciwy Becker ,który już niejednemu kierownikowi ekipy zafundował skoliozę. Nie spotkła się więc para "standartów" a, także wcześniej startujący Łukasz oddalił się nadmiernie na rekonesans i Sebastian z Tomkiem musieli nerwowo oczekiwać na zgubę. Para "Smyków" odmeldowała się na trasę w dobrym momencie,dobrze współpracując systematycznie przedzierali się do czołówki. Na końcówce podnieślo nam jednak ciśnienie, bo doszli do skraju obszaru w pobliżu lotniska, który zaraz po odmeldowaniu się pilotów na trasę przykryła rozległa ławica odcinająca dopływ energii słońca. Mieli jednak szczeście. Tuż przed ich powrotem ta przesłona zniknęła i Żółw zerkający już nerwowo w kierunku ziemi znalazł, zawrotne jak na dziś 2,5 m/s, które zapewniło im dolot i znakomity wynik. W radiu Mariusza, gdy był zmuszony szanować nawet komarze wznoszenia 0,3 m/s zabrzmiało nagle "Ahoj Milaczku!" To Marosz ze Spisza szukał towarzystwa na trudną przeprawę. Ta bratnia współpraca poprawiła znakomicie możliwość penetracji powietrza i zaowocowała dobrym wynikiem w konkurencji. Heniu odnalazł się, ale niestaty za pomocą telefonu.

"Klubowcy" po zebraniu się w gromadkę dość szybko odrobili opóźnienie i stracony dystans do peletonu i przy przebijaniu się przez niego na ogon Sebastiana zarzucił kotwicę pilot zielonego Jantara ze Szwecji, dotychczasowy lider, który mając lepszy wpółczynnik może sobie pozwolić na taktykę wagonika. Dalszy lot nasi piloci rozgrywali również bardzo dobrze i było niemal pewne, że cała trójka zamelduje się za Sebastianem na mecie i jutro nasza ekipa na odprawie przed lotami wzbogaci się o dwie flasze litewskiego miodu. Łukaszowi brakowało jednak paru metrów wysokości dla pewnego dolotu. Sebastian przy próbie pomocy w wyszukaniu niezbednego wznoszenia utracił swój zapas wysokości a gdy penetrowanie rozległego obszaru pod chmurą okazało się bezowocne, dla ratowania skóry musiał się cofnąć parę kilometrów w kierunku Tomka, który będąc z tyłu trafił na przyzwoite wznoszenie. Sebastian zdołał odzyskać wysokość dolotową, lecz stracił w mizernych wznoszeniach ponad 20 minut a Łukasz musiał niestety sprawdzić strukturę litewskich pól.

TK