Wczoraj w wyżu ciemne chmury, dziś- po poranku pięknym jak w bajkach,-znów nasunęły się szybko ławice wróżące rychłe grzmoty i deszcz. Miała być wycieczka do Polski, ale z powodu pogody zmieniono trasy i wypędzono wszystkich wzdłuż granic TMA Kowno na zachód i północ. Nie skrócono jednak limitu czasu tak by piloci zdołali wylądować przed burzami, więc było z góry wiadomo, że będą jatki. W tej sytuacji wszyscy nasi lotnicy wcześnie odmeldowali się na trasę. Ponieważ lotnisko po zachodniej stronie lotniska znajdują się wzniesienia i szybko zanikła łączność, wyjechałem na wzgórze górujące nad okolicą i po wdrapaniu się na wieżę ciśnień. Mając taki ogląd i podsłuch rozmów pilotów nie miałem już wątpliwośći, że sprawdzą się wcześniejsze przypuszczenia.
Cały horyzont na kierunku ostatniego odcinka trasy zamykała gigantyczna czarna chmura burzowa a chmury nad lotniskiem i moją głową szykowały się do zrzucenia wodnego balastu. Jedyną strefę wolną od opadów zawłaszczył sobie rejon lotów kontrolowanych. Zbieżność wszystkich tras na narożniku zakazanej strefy sprawiła, że niemal wszyscy dolecieli jednocześnie na skraj burzy i po kolei nurkowali w deszcz. Na szczęście nie było w tym obszarze groźniejszych zjawisk, które potrafią w takich okolicznościach postawić włosy na głowie i wszyscy dość szczęśliwie i bez kłopotów zawinęli w kierunku mety. W międzyczasie wiatr i deszcz sprawdził moją przyczepność do blaszanej pokrywy wieży, ale również przetrwałem próbę. Dymił rozległy las po intensywnym opadzie, cały nieboskłon zasłaniały resztki poprzednich burz nie dając najmniejszych szans na wznoszenia a chłopakom brakowało po kilkaset metrów wysokości gwarantującej powrót do lotniska. Gdy i na mnie zaczęły spływać następne strugi deszczu, pojawił się nisko nad horyzontem szybowiec Mariusza. Zrezygnowany myszkował już nad polami, by przed rozległym lasem przysiąść bezpiecznie. Lądowanie wydawało się nieuchronne, lecz widocznie fala deszczu zadziałała jak front chłodny i gdy spotkamie z przedstawicielami chutoru wydawało się neuchronne, dmuchnęło mu w skrzydła przyzwoite wznoszenie.
Kilka kołek, i mimo deszczu wierny, cierpliwy, Willi mógł wyjechać na płytę lotniska po swoj szybowiec i szczęśliwego przyjaciela. W gorszej sytuacji byli piloci dysponujący szybowcami o gorszych osiągach. Oni nie mieli szans na osiągnięcie tego obszaru a po drodze wskazówka wariometru ani drgnęła. Aktywne wciąż burze mieszały jednak powietrze i w pewnym momencie mimo braku słońca pod wysokimi chmurami jęły się pojawiać fractocumulusy zlewające się w wyrażne pasmo chmurek.
Rzecz w tym, że... były one poza granicą TMA. Okazało się jeszcze raz, iż rzetelna wiedza raczej nie przeszkadza w życiu i Sebastian wykombinował, że tam mogą wlecieć dla przeczekania kryzysu i zdryfowanie chmury poza zakazany obszar, ale z zachowaniem limitu wysokości poniżej 400m nad poziom morza. Udało się strefa przywitała ich przyzwoitym wznoszeniem i po jednym okrążeniu musieli otwierać hamulce by nie dotknąć stropu.
Zgodnie z oczekiwaniami wkrótce wiatr wyniósł chmurki za TMA i Sebastian z Łukaszem już swobodnie mogli osiągnąć wysokość gwarantującą dolot mimo deszczu.Tomek który leciał nieco z tyłu nie musiał już wlatywać w TMA, ale nie zdołał już osiągnąć odpowiedniej wysokości i sprawdził wysokość upraw na wzgórzu przed lotniskiem.Miał za to przyjemność oceniania umiejętności lądowania w terenie przygodnym demonstrowanych przez kilku konkurentów podążających tropami Jantarów." Smyki" nie miały szans na dolecenie do lotniska, ale obroniły swoje pozycje. Nie koniec jednak emocji.
Henryk wybronił się gdzieś na obrzeżach burzy i gdy woda opadła już z niebiosów na maksymalnym zasięgu dolatywał do lotniska. Pamiętał z poprzednich mistrzostw, że za krawędzią lasu straszącego pilotów na dolocie kikutami wysokich wyschniętych sosen jest przesieka z łąką opadającą stromo do lotniska. Nie mając dostatecznej wysokości podciągnął nad suszkami i po ich minięciu opadł w przesiekę. W tym momencie stwierdził, że Chronos robi swoje i w międzyczasie na łączce wyrosły trzy solidne brzózki. Na szczęście dbałość o zdrowie odpłaca się u niego dobrą kondycją i refleksem. Oczekując na jego przylot zobaczyliśmy jak jakiś nierozpoznany szybowiec wyskoczył spośród drzew do góry niczym łosoś nad wodospadem i ponownie zniknął wśród nich. Za chwilę dotarło do nas zapytanie, dlaczego Maciek jeszcze po niego nie przyjechał.
TK